dsc01065

Depresja poporodowa, tak naprawdę MASZ na nią wpływ

 

Nie da się ukryć, że ciąża, poród i pojawienie się dziecka na świecie w każdej rodzinie wywołuje ogromne emocje. To wszystko zmienia nasze życie i czyni je zupełnie innym niż do tej pory było, wtedy przychodzi nieoczekiwane, niespodziewane. Nasze życie nabiera zupełnie innego sensu, wszystko kręci się w okół maluszka a co z nami?

Sama ciąża i poród to ogromne przeżycie dla kobiety. Wiąże się z tym ogromna ilość stresu, niepewności, bólu. To wszystko oczywiście wpływa na nasze samopoczucie, podejście do życia i do dziecka. Często po porodzie pojawiaja się wycieńczenie, obawy, złe samopoczucie. Tak przedłużający się stan może prowadzić do depresji poporodowej. Sama depresja dotyka podobno aż 30 % kobiet. Jedne cierpią bardziej, drugie mniej. Ja myślę, że prawie każda kobieta ją przeżywa.

Oczywiście ja przed porodem wiele razy o niej słyszałam, jednak nie brałam tego do końca na poważnie. Szczerze, byłam przekonana, że to trochę mit i że mnie to napewno nie spotka. Jak bardzo się wtedy myliłam…

Nie mogłam doczekać się, kiedy zobaczę swojego synka, utulę go. Tak, to były piękne chwile, ale razem z nimi przyszło coś, czego  nie zapraszałam, coś co zmieniło moje podejście do życia, zmieniło moje relacje z mężem i coś co odebrało mi wiele radości z początków macierzyństwa.

Po urodzeniu Jaśka oprócz opieki nad nim przyszło wiele innych obowiązków – egzamin inżynierski, studia, no i praca – z  racji tego, że prowadzimy swój mały biznes z Jakubem. Teraz wiem, że wtedy wzięłam na siebie zbyt wiele. Po nieprzespanej nocy wstawałam, zajmowałam się Jasiem, kiedy spał gotowałam coś, uczyłam się. Żyłam tak, że gdyby się mnie ktoś zapytał, jaki jest dzień tygodnia to z pewnością nie byłabym w stanie odpowiedzieć. Do tego ta pogoda, była przecież zima, nigdzie nie mogłam z Jasiem wyjść, zamknięta w czterech ścianach coraz bardziej przestawałam przypominać dziewczynę, którą byłam jeszcze kilka miesięcy temu.

Cieszyłam się, że jest Jasiu, że mam rodzinę i dom, o którym zawsze marzyłam, ale to szczęście nie było do końca prawdziwe, ciagle wyobrażałam sobie to nowe problemy, zmartwienia, których pewnie nawet nie było. Irytowały mnie takie pierdoły, jak niepoodkurzane mieszkanie, martwiłam się już dzień wcześniej, co jutro zrobię na obiad, czy znajdę na to czas, że na blogu nie ma nowego postu,  że jutro rano znowu będę musiała wstać niewyspana i zająć się Jasiem. Myśl o kolejnym takim dniu przysparzała mnie o chęć zaśnięcia i pobudzce za rok. Nie potrafiłam być szczęśliwa…. Płakałam chyba sto razy dziennie… Dziś wiem, że mogłam chociaż trochę tego uniknąć . Zrozumieć, że nie jestem niezastąpiona, że Jasiem tak samo dobrze zajmie się mój mąż, moja mama, po prostu rodzina. Schować ambicję w kieszeń i studia też wziąć na luzie, przecież ciąże spędziłam na pisaniu pracy dyplomowej , przeprowadzce, remoncie, myśląc, że po porodzie po prostu odpocznę, ciesząc się – dzieckiem, macierzyństwem, życiem.

Z drugiej strony, ciężko mi to było przyznać nawet przed sobą, ale ja po prostu chciałam pokazać, że ze wszystkim poradzę sobie sama. Mimo, że jestem młoda to dam radę z dzieckiem, studiami, domem. Będę idealną żoną, mamą, panią domu. Ilekroć dzwoniła moja mama, która mieszka 100 km dalej, mówiłam, że wszystko dobrze, że daję radę, mimo, że było mi cholernie ciężko. Gdybym przecież  tylko powiedziała słowo, mama wsiadłaby i za godzinę była u mnie. Teraz wiem, że moja depresja była wynikiem mojej chorej ambicji.

Dlatego dziś oglądając zdjęcia świeżo upieczonych mam na instagramie zastanawiam się, czy to tylko złudzenie internetu, czy one są naprawdę takie szczęśliwe. Kobietom tak trudno zrozumieć, że nie muszą być idealne, że też mają prawo być zmęczone, że czasami rady mamy, babci, cioci są ważne, że ich pomoc się przyda. Nie dajcie się wbić w wir matczynej ambicji i krzyknijcie S.O.S. Uwierzcie mi, będziecie tylko szczęśliwsze.