16586797_1538919432815255_903083034_o

Jak wygląda poród ?

16586797_1538919432815255_903083034_o

Jak wygląda poród? Jak boli?

Czy rzeczywiście poród boli tak, że:

Kobieta jest niemal w stanie poczuć to co mężczyzna czuje podczas przeziębienia?

A tak na serio, poród podobno boli tak, że mężczyzna musiałby być kopnięty 20 razy w diamenty, żeby poczuć to co kobieta podczas skurczu…;) Kto chętny spróbować?

Post kieruję do moich koleżanek, które są jeszcze przed i które pierwsze co pytały: jak wygląda poród. Wszystkim odpowiadałam, że nie będe im opowiadać bo każdy poród wygląda przecież inaczej ( a też nie chciałam ich straszyć), ale one dalej nalegały. Postanowiłam więc napisać post, w którym opiszę moje subiektywne przeżycia pamiętnego 12.01.2017… a zaczęło się tak:

Ałł….obudziłam się o 3.00 z lekkim bólem brzucha, pomyślałam, że to te skurcze przepowiadające, które mam już od paru tygodni. Przekręciłam się na drugi bok i próbowałam zasnąć dalej… Jednak czułam jakiś wewnętrzny niepokój. Nie udało mi się zasnąć bo bóle pojawiały się coraz częściej. Nie były zbyt silne, ale bardzo niepokojące.. chyba nie chciałam dopuścić myśli, że to już. Wstałam więc i poszłam do łazienki, okazało się, że dopadła mnie lekka biegunka. Jezu.. pomyślałam, przecież na wszystkich portalach biegunka to pierwszy oznak porodu..Nie, nie! To napewno kawa i lody, które zjadłam wieczorem w galerii. Przecież nie piłam kawy już tak długoo, to napewno to!

Godzina 04.30, Kuba budzi się i pyta co jest grane. Chyba odrazu się domyślił, że się zaczęło i stwierdził, że mam się ubrać i pojedziemy do szpitala. Ja oczywiście go ochrzaniłam, bo to niemożliwe, że to się zaczęło. Tak bardzo nie chciałam, żeby to były właśnie te skurcze…

Godzina 05.00 przeniosłam się do salonu i bóle były coraz silniejsze, pojawiały się średnio co 10 minut. Kuba siedział na kanapie i pytał średnio przy każdym skurczu, czy w końcu się ubiore i pozwole się zabrać do szpitala. Ja odpowiadałam, że przy następnym skurczu i tak do godziny 06.00, kiedy poszłam do łazienki i zobaczyłam krew.. Wiedziałam wtedy, że TO NAPRAWDĘ SIĘ ZACZĘŁO..

SPANIKOWAŁAM, muszę się przyznać..przez całą ciąże twierdziłam i skrupulatnie odpowiadałam, że jak się zacznie to po prostu wstanę i pojadę. Teraz cała się trzęsłam i zaczęłam z nerwami wszystko przekładać, otwierać spakowane torby, szukając czegoś.. sama nie wiem czego i po co;)

Kuba zabrał torby, ubrał mi kurtkę i poszedł odpalić samochód,żeby podjechać pod naszą klatkę,  stwierdził, że zaraz po mnie wróci…ja po prostu wyszłam, zakluczyłam drzwi i powędrowałam w stronę Kuby…

Do szpitala mieliśmy jakieś 5 minut drogi, więc nie zdążyłam nawet dobrze pomysleć jak to będzie. Z pędu weszliśmy na porodówkę , na której panowała błoga cisza… Pani położna podłączyła mnie pod ktg, skurcze były coraz silniejsze… Kazali mi się przebrać w koszulę i zaprowadzili na salę porodową… Położna przeprowadziła ze mną wywiad pytając o wszystkie szczegóły, czy ćpałam, piłam, paliłam w czasie ciąży itd. a skurcze były coraz mocniejsze..

Ok 08.00 przyszedł lekarz, który również przeprowadził ze mną wywiad, potem kazał położyć się na łóżku i mnie zbadał… wkładając ręke chyba pod gardło…skurcze były wtedy co 6 minut, a okno na świat Jasia miało już 7,5 cm.. no brakuje jeszcze 2,5 i rodzimy…

Średnio przybywa 1 cm na godzinę..powiedział lekarz, więc pomyślałam, że czekamy do 11 i rodzę… Jezu, tyle czasu? Ja już nie mam siły a jeszcze 2 czy 3 godziny…(wtedy jeszcze nie wiedziałam, że te 2, 3 godziny byłyby wybawieniem)…

Położna kazała iść mi pod prysznic, Kuba dzielnie mi asystował… no zapomiałam napisac, że Kuba był ze mną od początku do końca. Prysznic był strzałem w dziesiątke bo przynosił naprawdę dużą ulgę przy kolejnych skurczach.

Ok.9.30 podłączono mnie znowu pod ktg, skurcze były coraz silniejsze.. zaczynałam żałować, że nie poprosiłam o znieczulenie…zapytałam więc położnej czy dostanę coś na złagodzenie, bo już nie mam siły… Rozwarcie stało w miejscu a ja nie wiedziałam ile jeszcze wytrzymam. Stwierdziła, że miałam pytać lekarza jak był i podała mi gaz „rozweselający”, który szczerze nie pomógł ani trochę…

Dodatkowo obok w sali zaczęła rodzić kobieta, krzyczała na całą porodówkę, a ja krzyczałam do Kuby, żeby poszedł i zapchał jej jadaczkę bo nie moglam tego słuchać, jeszcze bardziej mnie to rozdrażniało..

10.30 a porodu ani widu ani słychu.. czas leciał tak wolno a każdy skurcz wydawało mi się jakby nie trwał minutę a godzinę… Położna kazała mi iść jeszcze raz pod prysznic aby złagodzić ból.. tym razem nie było tak wesoło..

Pozycja stojąca pod prysznicem wywołała mocniejsze skurcze i rozwarcie… To był moment kulminacyjny…wtedy właśnie przyszedł prawdziwie cholernie bardzoo bolesny skurcz…trzymałam się grzejnika i wyłam z bólu..pamiętam te chwile jakbym stała obok swojego ciała i widziała to, jakbym była poza świadomością.. bolało tak jakby ktoś mi łamał kręgosłup.. dosłownie… wtedy obiecałam sobie, że nigdy więcej dzieci, że po co mi to było…że nie dam rady.. krzyczałam do Kuby, że nie dam rady…że umieram..

Ok 11.00 Kuba załatwił mi zastrzyk ze znieczuleniem.. Wyszłam ledwo spod prysznica, i dostałam strzał w kręgosłup, który przyniósł prawdziwą ulgę.. Ledwo dysząc położyli mnie na łóżku i wtedy już nic się nie liczyło.. Ból ustąpił, mimo, że na ktg skurcze rysowały się jako bardzo bardzo silne..Rozwarcie 9,5 cm.. jednak położna swierdziła, że główka nie schodzi, że może potrzebna będzie cesarka itd…. sugerowała, że to może przez zastrzyk ale miałam to gdzieś. Nie wytrzymałabym już więcej 10 godzin bólu to chyba wystarczająco…

Zaczęto więc przygotowywać wszystko do porodu.. w międzyczasie odeszły mi wody, przebite przez położną.. to był chyba decydujący moment bo za ok 15 minut położna mnie zbadała i stwierdziła, że główka schodzi w dół.. poród więc czas zacząć!

Wszystko przygotowane, nogi oparte, położna tłumaczy jak oddychać i przeć…, dodam, że znieczulenie już zeszło i skurcze powracały…

Godzina 13.00 pierwszy skurcz party.. nie było tak źle.. pomysłałam, że w sumie to parcie przynosi ulgę… przemy, zmieniamy pozycję i tak w kółko.. Główka wychodziła i się cofała i tak przez dłuższy czas.. Ja znowu opadałam z sił. Po godzinie parcia miałam dość…Było mi gorąco, a każdy kolejny skurcz był silniejszy… parcie też było bolesne…

Ok 14.30 główka była już tak nisko, że położne stwierdziły „ o jakie śliczne włoski ma ten Jaś, brunet czy szatyn z niego”. Jednak wiedziałam, że czym niżej jest główka, tym bliżej jestem tego czego się bałam najbardziej, czyli cięcia…

Położna powiedziała, że znieczuli mnie miejscowo w razie konieczności rozcięcia…

Wtedy zaczęły się skurcze parte bardzo często, praktycznie co chwila… nie czułam co się dzieje ze mną na dole… Widziałam tylko, że coś jest na rzeczy bo Kuba się tak patrzy a położne coś majstrują.. nie wiedziałam, czy mnie ktoś tnie czy co, położna kazała tylko oddychać i przeć i wtedy krzyknęła.. „Proszę teraz nie przeć”…a za chwilę „tylko delikatnie bardzo delikatnie poprzeć”… I wtedy poczułam jakby uszło ze mnie wszystko…a już za chwilę..

Jasiu leżał na mojej piersi , to stało się tak szybko, że nie zdązyłam nawet pomyśleć, kiedy poród się skończy.. On tu już był ze mną.. Płakałam bardzo, ze wzruszenia… 9 miesięcy miałam Go pod serduszkiem i zastanawiałam się jaki będzie, a teraz jest już ze mną… tylko on ja i mój mąż.. nasza rodzina.. prawdziwa rodzina..Kuba nas objął, liczyło się tylko to, tylko tu i teraz..Jasiu, który skradł nasze serca w jednej chwili… Taki słodki, taki bezbronny, taki nasz jedyny… był z nami, mogłam go dotknąć, popatrzeć na niego… i patrzyłam bez przerwy…

Nie zdazylam wtedy pomyslec ani o cięciu, którego notabene nie było. Urodziłam faceta 4180 g , 61 cm długi bez cięcia… Kuba w międzyczasie odciął pępowinę….

Leżeliśmy tak razem przez 3 godziny, Jasia zabrali tylko na chwilę aby go zbadać i zmierzyć.. to były najpiękniejsze 3 godziny mojego życia… i trwają nadal…;)

Dodaj komentarz